Ostateczne pożegnanie z pędzlami zaplanowałam na 25 stycznia. Skąd taka decyzja? Wszystko zaczęło się od książki Mari Kondo-Japonki, która podbiła świat swoją autorską metodą sprzątania…

O wiele większe wrażenie niż techniki składania koszulek zrobiła na mnie jednak poboczna wzmianka, że w Japonii w shintoistycznej świątyni co roku obchodzona jest uroczystość pożegnania… pędzli. Artyści, kaligrafowie i pisarze raz w roku mogą przynieść do świątyni stare, wysłużone pędzle, by godnie je pożegnać w świętym ogniu rozpalonym przez kapłanów.

Jakoś nigdy nie miałam serca wyrzucić do śmieci pędzli, które straciły kształt i większość włosia od malowania licznych Buddów, bogiń i yantr. Nie wybieram się co prawda do Japonii, ale bardzo przemawia do mnie mała, osobista ceremonia uhonorowania i pożegnania codziennych przedmiotów, bez których nie byłoby moich obrazów.

Serce pędzla

 Japońska tradycja buddyzmu zen od wieków twierdzi, że przedmioty mają swoją wewnętrzną moc i energię. Może stąd taki wspaniały rozkwit artystycznego rzemiosła w Japonii, które podniosło drewniane meble, ceramiczne czarki do herbaty i miseczki z laki do poziomu wyrafinowanej sztuki.

Dawni uczeni zen dyskutowali – zupełnie na poważnie – czy przedmioty mają naturę buddy (czy są oświecone). Trudno wyobrazić sobie podobne dyskusje w naszym kręgu kulturowym, który od średniowiecza przywiązany jest do hierarchicznej drabiny bytów, na której człowiek stoi dużo wyżej niż zwierzęta, a co dopiero przedmioty, które nie mają w sobie żadnego przejawu życia czy duszy. Przez to można ich dowolnie używać, nadużywać, masowo produkować i wyrzucać.

Ja jednak liczę na to, że moda na minimalizm, który ma przecież korzenie w buddyjskiej kulturze zen, nauczy nas nowego… materializmu. Gdy mamy mało przedmiotów, bardziej je cenimy i szukamy dobrej jakości. Czerpiemy przyjemność z ich piękna, zauważamy symboliczne znaczenie a ich subtelna wewnętrzna energia może nas wspierać w codziennym życiu. Dziś zapraszam Cię do pracowni artystki, której patronuje taki właśnie duch zen.

 

W pracowni Miyi Ando

Miya Ando jest amerykańską artystką, jej przodkowie zajmowali się wytwarzaniem japońskich mieczy. Sama Miya w twórczy sposób nawiązuje do tej tradycji – jej obrazy często nie są w ogóle malowane farbą na płótnie, tylko tworzone na metalowej płycie przy pomocy… chemicznych odczynników.

Nie brzmi to może zbyt poetycko, ale efekty jej pracy są wyjątkowo zwiewne i efemeryczne, jakby obrazy przypominały o ulotności wszystkich zjawisk. Pojawia się na nich często motyw chmur. To echo powiedzenia zen, które porównuje nasze wiecznie gadające i rozbiegane myśli do obłoków, które przysłaniają czyste, przepastne niebo.

Ta gra między Pustką a przesłaniającymi ją ulotnymi zjawiskami jest w samym centrum sztuki Miyi. Metalowe płyty potraktowane serią alchemicznych zabiegów zyskują coraz większe piękno, symboliczne znaczenie i energetyczny ładunek. Pod ręką artystki kawałki metalu emanują unikalną sakralną energią…

 

Źródła

Esej o Mari Kondo i zen:
https://www.lionsroar.com/how-marie-kondo-bucks-japanese-tradition-and-why-it-matters/

*O świątyni, gdzie odbywają się ceremonie pożegnania pędzli, stąd pochodzi zdjęcie pomnika pędzla: 
https://en.japantravel.com/kanagawa/kamakura-s-egara-tenjin-shrine/1126

Miya Ando-strona artystki: 
http://www.miyaando.com/

Baner zapisu na newsletter