Ciekawe, czy jest jakiś kulturowy gen przechowujący instynkt dziergania – zaplatania nici na drutach, szydełku czy krosnach… Musi być, bo co roku, gdy tylko nadchodziła zima – nawet tak mało imponująca jak tegoroczna – moja babcia dziergała kamizelki o splocie tak ciasnym, że wydawały się kuloodporne, moja mama wyrabiała filigranowe koronkowe obrusy a ja mam ochotę zapisać na Pintereście zdjęcia wszystkich mięciutkich szali i pastelowych makatek.

Można by pomyśleć, że to kobieca przypadłość, kwestia estrogenów czy progesteronów w połączeniu z niedoborem witaminy D, ale przyrzekam, że kiedyś nakryłam na szydełkowaniu (i to zręcznym) ekspedienta-mężczyznę w sklepie z biżuterią.

Domyślam się, że pewnie trochę się wstydził przyłapany na takim zajęciu, w końcu rzemiosło zdominowane przez kobiety jest raczej lekceważone przez kulturę wysoką. A szkoda, bo choć większość to rzeczywiście sweterki i makramy robione dla relaksu, to zdarzają się w tym świecie kunsztowne dzieła sztuki, które mają swoje miejsce w cenionych muzeach światach i grono oddanych kolekcjonerów.

Dziś chciałabym cię zaprosić do dwóch takich pracowni, gdzie artystki tworzą sztukę, której głównym narzędziem są nie farby i pędzle a… wełna.

W pracowniach Lucy i Inger

W rodzinie Begay, aż trzy pokolenia kobiet zajmowały się tradycyjnym tkactwem: babcia Mary, matka Lucy (na zdjęciu) i córka Ellen. Ich prace wyrastają z tradycji indian Navajo i są abstrakcyjną interpretacją pustynnego krajobrazu rezerwatu Nazlini w Arizonie. Oko znawcy dostrzeże w nich symboliczny zapis pradawnych mitów Navajo i wpomnienie po dawno zapomnianych rytuałach szamanów, którzy wysypywali podobne wzory z kolorowych pustynnych piasków, by oddalić choroby i ochronić plemię.

Mnie jednak najbardziej uderza jedność artystki, jej sztuki i krajobrazu, jakby przez lata pracy upodobniły się do siebie i stopiły w jedno.

Podobnie wrażenie mam patrząc na Inger Johanne Rasmunssen, jej na wskroś nowoczesne kolaże z ręcznie barwionego filcu i leśny krajobraz wyspy Hovedøya w Norwegii, gdzie mieści się jej pracownia. Choć pomiędzy pustynną Arizoną a brzozowymi lasami jest spora przepaść estetyczna, to miłość do natury pozostaje niezmienna.

Tak jak na obrazie „Rama” (powyżej, pierwszy po prawej od góry), który przypomina trochę sklepienia barokowych kościołów, tyle że zamiast aniołków wznoszących się ku niebu widzimy – może jeszcze rzadzszy dziś widok – zdrowego, gęstego lasu. W swoich pracach Inger ożywia dawno zapomniane mity, wykorzystuje motywy i wzory sztuki ludowej całego świata i przywołuje pomijane artystki, które przez setki lat tkały tę nieprzerwaną sieć.

Jeżeli chcesz pobyć trochę dłużej z Ellen i Inger, to poniżej znajdziesz dwa krótkie filmy. Na pierwszym o sztuce kobiet Navajo opowie jej kolekcjoner i znawca Gary Beaudoin, autor książki „Unbroken Web”, z której zaczerpnęłam tytuł tego maila.

Oglądając drugi film, możesz odwiedzić Inger Johanne Rasmunssen w jej leśnej pracowni i przyjrzeć się bliżej jej wielkoformatowym obrazom.